Blog będzie o najlepszym polskim zespole,fenomenie ostatnich lat Ich Troje.Będzie także o Virgin,Mandarynie.
Blog > Komentarze do wpisu
(23.06.) Szczery wywiad z Michałem!
- Ktoś stara się na siłę wymazać nas z historii polskiej muzyki rozrywkowej – przekonuje Michał Wiśniewski, sugerując że Ich Troje są w pewnych kręgach niemile widziani. Sam niczego nie żałuje, przyznaje jednak, że żona zarzuca mu, iż zrobił z siebie w mediach większego alkoholika niż jest.





Dlaczego płyta solowa i jako bonus remiksy Ich Troje, a nie po prostu płyta Ich Troje?

Michał Wiśniewski: Doszliśmy z Jackiem [Łągwą, wokalistą i współkompozytorem utworów Ich Troje – aut.] do wniosku, że aby napisać w pełni autorską płytę zespołu, potrzebujemy pewnej stabilizacji. Na pewno się pojawi, ale w swoim czasie.

W zespole brakuje stabilizacji?

Niczego nie brakuje, ale chcemy mieć pewność, że to, co nagramy, będzie na miarę swoich czasów. Dlatego teraz ukazuje się mój solowy materiał, "Nierdzewny", mający co prawda z Ich Troje coś wspólnego, ale jednak nieco inny.

Przyznasz, że tytuł singla "Nie zatrzymasz mnie" nie grzeszy oryginalnością… To zapowiedź, obietnica, jakaś forma deklaracji czy motto?

Faktycznie takie tytuły już na rynku są, nawet Justyna Panfilewicz, która występowała z nami kilka lat, śpiewała taką piosenkę. Ale nic nie poradzę, że są to słowa, z którymi absolutnie się identyfikuję. Chcę tym utworem powiedzieć, że gdzieś tam wróciłem do źródeł, mimo że ktoś stara się na siłę wymazać nas z historii polskiej muzyki rozrywkowej, czy dać nam po łapach.

Kto?

Nieważne.

Ale z jakiego powodu wymazać?

Ktoś fajnie napisał o tym singlu, że gdyby stworzył go ktokolwiek inny, mógłby stać się przebojem. Ale piosenkę śpiewa przecież Michał Wiśniewski… Cała kwestia pod tytułem "Powrót zespołu Ich Troje" jest w pewnych kręgach bardzo niechciana, tak jak i zespół Ich Troje był na początku niechciany. Nie mamy żadnej promocji, choćby w rozgłośniach, ale też się jej nie spodziewaliśmy. Dla nas ważniejsze jest to, że na koncerty przychodzi nawet dziesięć tysięcy osób, jak niedawno w Sosnowcu. A płytą "Nierdzewny" naprawdę wracam do źródeł. Historia zatoczyła koło, a co się z tego zrodzi, zobaczymy.

W jaki sposób to koło zatoczyła?

Zdałem sobie sprawę, że przyszedł w końcu moment, by nie słuchać naokoło, co jest dla tego zespołu dobre. Z przerażeniem stwierdziłem, że potrzebowałem dwudziestu lat, by znowu robić to, co naprawdę mnie kręci. I przestać chodzić na kompromisy.

I dlatego jesteś "Nierdzewny"?

Pytanie, co to znaczy. Fizycznie może nie zardzewiałem [śmiech], ale psychicznie na pewno. Nie wiem, czy mogę mówić o korozji, ale doszedłem do wniosku, że tkwienie w pewnym światku muzycznym, w którym ktoś na siłę wrzuca mnie do gorszego muzycznego sortu, mija się z celem. Mam muzyczną świadomość, wiem, jaki gatunek wykonuję i jakie wiążą się z nim ograniczenia. Ale przecież nie to jest w muzyce najważniejsze. Czy naprawdę musimy porównywać The Prodigy do Mozarta? Myślę zresztą, że pod pewnym względem tytuł "Nierdzewny" jest trochę nietrafiony, bo ja cały czas używam środków, które nie powodują korozji, a powinny już dawno.

Jakich środków?

Serca, rozumu, miłości, emocji.

Skąd się wziął pomysł, by na drugim krążku zamieścić remiksy waszych największych przebojów?

Chcieliśmy spojrzeć na Ich Troje z innej perspektywy, trochę z boku. Zremiksowane "Prawo" do wiersza Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej brzmi teraz zupełnie inaczej, podobnie jak "Bóg jest miłością", który przestał być gospelowy, a poszedł w stronę country. Odkryłem w tych utworach wielki potencjał, choć oczywiście sam swojego materiału nie słucham, bo by to była gruba przesada.

Dlaczego przesada?

A jak inaczej nazwać tkwienie w zbudowanym przez siebie świecie, złożonym ze słów i dźwięków? "Nierdzewnego", przyznaję, parę razy jednak posłuchałem i złapałem się na tym, że bardzo mi się podoba. Zresztą, jeden tekst i dwie piosenki są właśnie autorstwa Jacka, a za resztę odpowiadają moi przyjaciele, jak Andrzej Wawrzyniak. Na tyle dobrze mnie znają, że stojąc z boku, są w stanie bez żadnej żółci oddać to, co od dwudziestu lat myślę, obserwuję i przede wszystkim to, jak się czuję.

A jak się czujesz?

Jak ktoś, kto cały czas płaci cło, tylko jego wysokość się zmieniła. Kiedyś wydawało mi się, że wynosiło dziesięć procent, a potem wzrosło do dziewięćdziesięciu.

Cło to cena, jaką zapłaciłeś za sukces?

Ale staram się patrzeć na to z dystansem. Bez dystansu nie da się przetrwać. Jak i bez świadomości, ile rzeczy w życiu przegapiamy. Choć na pewne rzeczy nigdy nie jest za późno.

Nakręciliśmy niedawno za jakieś 5 zł teledysk do piosenki Tomka Luberta "Krzyk", również promującej "Nierdzewnego". Śpiewam ją w duecie z Justyną [Majkowską, byłą wokalistką Ich Troje – aut.]. Główną postać gra moja córka, Etiennette. Wciela się w niesłyszącą dziewczynkę, która zgubiła się w lesie. Chłopiec, który ją odnajduje, mówi ważną kwestię, adekwatną do mojej sytuacji: "Czasami nie trzeba usłyszeć krzyku, żeby zobaczyć wrzask". I tu mógłbyś dodać dla przeciwwagi uśmiech w nawiasie. Zdanie sobie sprawy z tego, ile przegapiamy w życiu, jest megaważne.


czwartek, 23 czerwca 2016, kubekk

Polecane wpisy